40 LAT OD REWOLUCYJNEJ PREMIERY W WIELKIM MŁYNIE W GDAŃSKU

SPRAWA DANTONA

„Rewolucja”, „walka”, „wolność” – każde słowo rzucane ze sceny wzbudzało aplauz. Na widowni zawsze był komplet. Spośród aktorów, którzy po przedstawieniu wychodzili zebrać brawa, wielu miało przypięty znaczek Solidarności. 40 lat temu w gdańskim Wielkim Młynie – niewiele ponad dwa miesiące po wielkim strajku w Stoczni Gdańskiej – odbyła się premiera „Sprawy Dantona”, która przeszła do historii teatru.

Była wiosna 1794 roku. W imię obrony rewolucji i ratowania państwa na gilotynie życie tracą niedawni towarzysze w walce. 135 lat później 29-letnia Stanisława Przybyszewska, pisarka zafascynowana rewolucją francuską, w baraku na dziedzińcu Gimnazjum Polskiego przy Am Weißen Turm 1 w Gdańsku (dziś ul. Augustyńskiego), gdzie borykała się ze skrajną nędzą, napisała „Sprawę Dantona” i dwa pozostałe rewolucyjne dramaty – „Dziewięćdziesiąty trzeci” i „Thermidor”. Jesienią 1980 roku „Sprawę Dantona”, która przyniosła Przybyszewskiej największą sławę, wystawili w Gdańsku Andrzej Wajda, Maciej Karpiński, Krystyna Zachwatowicz i aktorzy Teatru „Wybrzeże”. Na widowni wrzało, w Polsce trwał czas wielkich nadziei po podpisaniu Porozumień Sierpniowych, zdawało się, że rewolucja Solidarności przyniesie wolność.
 


Precz z dyktaturą
13 listopada 1980 roku – gdy w „Dzienniku Bałtyckim” ukazała się relacja z premiery „Sprawy Dantona”, która odbyła się 9 listopada o godz. 19.00 – tylko na pierwszej stronie gazety słowo „solidarność” przywołano 19 razy. Sierpniowy ferment nie słabł.
„…pierwsza scena dramatu – scena uliczna w kolejce po chleb – zdaje się nam, że to ta rzeczywistość, którą znamy z autopsji […]. Nie mamy pewności, czy to Paryż wiosną 1794 roku, czy Polska Anno Domini 1980. Powracający motyw roli braków zaopatrzenia w procesie radykalizacji mas... I pomimo iż zarzucić można, że są to paralele tanie, to przecież są one nieuniknione. Realizatorzy przedstawienia nie starają się ich zresztą unikać” – relacjonowała Aleksandra Paprocka w tekście „Postawieni wobec historii” na łamach „Dziennika Bałtyckiego”.
Kontekst był czytelny zarówno dla Jacka Friedricha, który wówczas jako licealista zasiadł na widowni, jak i dla Doroty Lulki, studentki Studium Aktorskiego, która – jak inni studenci – grała w „Sprawie…” lud paryski.
– Siedzieliśmy między publicznością podczas obrad konwentu – opowiada artystka. – Kiedy Henryk Bista jako Robespierre przemawiał, ja krzyczałam: „Precz z dyktaturą”, pamiętam jak dziś. Któregoś razu przyjechała na przedstawienie moja siostra, dziecko lat siedem, usiadła obok mnie. Mówię: „Magdalenka, krzykniesz: Precz z dyktaturą”. W odpowiednim momencie szturcham ją, ona wstaje i woła: „Precz z…”. I odwracając się do mnie, pyta: „Precz z czym?”. To był niezwykły czas.

Cykl rewolucyjny
„Perspektywa wystawienia »Sprawy Dantona« Przybyszewskiej właśnie teraz i właśnie w Gdańsku musiała rzeczywiście być bardzo pociągająca, skoro Andrzej Wajda sam wystąpił z tą propozycją. Z reguły bowiem o tak wielkie nazwiska zabiegać trzeba długo i to nie zawsze ze skutkiem. Chęć Wajdy zaakcentowania swojej obecności na Wybrzeżu szczęśliwie zbiegła się z planami repertuarowymi Macieja Prusa – od tego sezonu kierownika artystycznego Teatru »Wybrzeże«. »Sprawa Dantona« pasowała mu jak ulał do koncepcji stworzenia »rewolucyjnego cyklu«” – pisała Aleksandra Paprocka.
Wajda po prawdzie nie musiał „akcentować swojej obecności na Wybrzeżu”. W sierpniu zdążył przyjechać do stoczni, nim strajk się zakończył. To wtedy przyjął od stoczniowca zamówienie na kontynuację opowieści o „Człowieku z marmuru”. Zaangażował się też w prace Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Poległych Stoczniowców 1970 razem z Krystyną Zachwatowicz, swoją żoną, scenografem teatralnym i filmowym, aktorką, profesorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Dramat Przybyszewskiej o rewolucji klasycznej – według zamysłu Macieja Prusa, kierownika artystycznego teatru – miał iść na pierwszy ogień. Potem – „Sto rąk, sto sztyletów” Jerzego Żurka (premiera: 29 listopada 1980), rzecz o rewolucji po polsku, a na koniec – „Kniaź Patiomkin” Tadeusza Micińskiego (premiera: 21 marca 1981), utwór o przesłaniu filozoficznym, że rzecz nie kończy się na przeprowadzeniu rewolucji, ale dopiero wówczas zaczyna. Wszystkie trzy udało się wystawić, nim gen. Jaruzelski obwieścił wprowadzenie stanu wojennego i zamknął teatry.

Istne wariactwo
„Sprawa Dantona” pierwszy raz została wystawiona 20 marca 1931 roku na deskach Teatru Miejskiego (Teatr Wielki) we Lwowie, reżyserował Edmund Wierciński. Przed wojną, 30 września 1933 roku, jeszcze raz obejrzeć ją mogli widzowie w Teatrze Polskim w Warszawie, reżyserował Aleksander Zelwerowicz. Po wojnie, począwszy od 1967 roku, doczekała się ośmiu premier, gdańska była piąta. Dla Andrzeja Wajdy nie był to obcy tekst. „Sprawę Dantona” w styczniu 1975 roku wystawił w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Rolę Robespierre’a grał Wojciech Pszoniak, a Dantona – Bronisław Pawlik. O spektaklu mówiono, że jest „poruszający”, dostrzegła go krytyka, zdobył wiele nagród.
Wajda podjął się w Gdańsku powtórnego wystawienia tego dramatu. Reżyserię powierzono Maciejowi Karpińskiemu, który asystował Wajdzie podczas warszawskiej realizacji. Scenografię i kostiumy w Teatrze Polskim zrealizowała Krystyna Zachwatowicz, tak też się stało w Gdańsku. Dlaczego Wajda sam nie reżyserował?
Intensywnie trwały już przygotowania do zdjęć do „Człowieka z żelaza”. Aleksander Ścibor-Rylski pisał scenariusz, tymczasem Wajda przygotowywał obsadę filmu i szczegóły realizacji. Na fali wiary w nawrócenie władzy odwiedził m.in. generała Jaruzelskiego, prosząc o użyczenie czołgów do scen stanu wyjątkowego na Wybrzeżu w 1970 roku. Generał odmówił.
A prace nad „Sprawą Dantona” toczyły się w wielkim tempie. Jednocześnie zespół teatru był zaangażowany w przygotowania do drugiej rewolucyjnej premiery – „Sto rąk, sto sztyletów”.
– Czas ekspresowy, pracowaliśmy po nocach, to było istne wariactwo. A w Wielkim Młynie było tak pięknie… – wspomina Dorota Lulka, aktorka, wówczas studentka Studium Aktorskiego, zaangażowana w obie inscenizacje.
 


Gra aktualnych aluzji
Wielki Młyn, gdzie postanowiono pokazać „Sprawę Dantona”, nie był przestrzenią teatralną. Zbudowany przez Krzyżaków, po raz pierwszy wzmiankowany w 1364 roku, przeznaczony był do przechowywania zboża. II wojna światowa obeszła się z nim okrutnie.
– W 1945 roku Wielki Młyn był prawie cały zniszczony, na początku lat 50. wzmocniono i zabezpieczono mury, dopiero na początku lat 60. opracowano projekty odbudowy i rekonstrukcji – wylicza dr hab. Jacek Friedrich, historyk sztuki, dyrektor Muzeum Narodowego w Gdańsku. – W 1966 roku adaptowano wnętrze Wielkiego Młyna na potrzeby oddziału Centrali Obrotu Maszynami i Surowcami BOMIS, zajmującej się zbytem materiałów nienormatywnych i ponadnormatywnych, głównie dla przemysłu okrętowego.
Co ciekawe, w 1965 roku zorganizowano wystawę „XX lat polskiego przemysłu okrętowego” – z częścią plenerową na Wyspie Młyńskiej. Powodzenie wystawy spowodowało, że Stocznia Gdańska podjęła starania o wydzierżawienie Wielkiego Młyna od BOMIS, m.in. snując plany umieszczenia w nim Muzeum Stoczni. Bezskutecznie.
– W 1974 roku rozpatrywano możliwość przekształcenia Wielkiego Młyna w centrum kulturalne – dopowiada Jacek Friedrich.
Może stąd próba realizacji teatralnej w tym wnętrzu?
Wybór tego miejsca odczytywany był metaforycznie. Ktoś zauważył, że Wielki Młyn znajduje się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Teatrem „Wybrzeże” a Stocznią Gdańską.
– Byliśmy w czasie, gdy niczym w młynie ucierały się wielkie idee, jak ziarna na mąkę – alegorię Wielkiego Młyna rozkodowuje Halina Kasjaniuk, wielbicielka teatru, wówczas studentka na chwilę przed obroną dyplomu na polonistyce, która zasiadła na widowni.

Dramat człowieka
Wielki Młyn pusty w środku, bez kondygnacji, jakie pamięta większość gdańszczan z czasów, gdy działał tam dom towarowy, okazał się błogosławieństwem dla artystów.
– Przestrzeń pustej hali dawała wielkie możliwości – wspomina Krystyna Zachwatowicz-Wajda. – W teatrze zastaje się przestrzeń, do której trzeba się dostosować, tam sami ją tworzyliśmy. Najważniejszym zadaniem było, żeby zagospodarować widownię.
Widownia amfiteatralnie okalała miejsce akcji ze wszystkich stron. Scenografia Zachwatowicz była bardzo oszczędna w środkach, niemal ascetyczna. Scenę i widownię zbudowano z surowego drewna, użyto bardzo niewielu rekwizytów. Aktorzy mieli na sobie kostiumy stylizowane na stroje z epoki.
„Przedstawienie jeszcze się nie rozpoczęło, a temperatura na sali już jest szczególna. Sprawiają to fotogramy rozwieszone w kuluarach. Są to zdjęcia z sierpniowych gorących dni. Ze stoczni, z zakładów pracy, z miasta” – czytamy w „Dzienniku Bałtyckim”. Otwarcie wystawy zdjęć Zbigniewa Trybka, Ryszarda Wesołowskiego i Stanisława Ossowskiego, fotoreporterów tygodnika „Czas”, odbyło się w antrakcie premierowego spektaklu. Na zdjęciach widać, że gościem specjalnym była Anna Walentynowicz, współzałożycielka Wolnych Związków Zawodowych, sygnatariuszka Porozumienia Gdańskiego.
– Chcieliśmy zrobić coś, co się będzie trochę rymowało z początkiem Solidarności, na tym nam zależało – potwierdza Krystyna Zachwatowicz-Wajda.
„W programie premiery reżyser wyznaje: »Aktualność tej sztuki nie polega przecież na łatwych aluzjach – choć ich wychwytywanie było niedawno ulubionym sportem polskiej publiczności – lecz na wnikliwym ukazaniu mechanizmów rządzących historią i uwikłanymi w nią ludźmi. Właściwą treścią tej sztuki jest bowiem nie tylko dramat rewolucji, jest nią dramat człowieka postawionego wobec rewolucji i jej celów [...]. Przedstawia on (dramat) bowiem nie fakty – lecz nieuchronne mechanizmy, nie ludzi – lecz nosicieli idei«” – Zbigniew Pakuła cytował na łamach tygodnika „Zbliżenia. Pismo Zjednoczonej Partii Robotniczej” z 26 lutego 1981 roku.
 


Polityka pozapolityczna

Halina Kasjaniuk szła do Wielkiego Młyna z niepokojem, bała się tego rozpolitykowania.
– Wtedy było bardzo gorąco, polityka bombardowała nas z każdej strony, obawiałam się, że nawet w teatrze dostanę się w ten wir – wspomina Halina Kasjaniuk, która domniemała nawet, że akcja może zostać symbolicznie przeniesiona do stoczni. – Wyszłam uskrzydlona. Zobaczyłam rewolucję jako jeden z motorów dziejów historii. To był wybitny spektakl.
Halina Kasjaniuk nie była jedyną osobą pełną obaw. Potwierdza to Jerzy Kiszkis, aktor, który wcielił się w postać Delacroix, jednego ze zwolenników Dantona, zaangażowanego w plan parlamentarnej ofensywy przeciwko Komitetom Ocalenia Publicznego i Bezpieczeństwa Powszechnego, a w sierpniu członek ekipy teatralnej, która recytacjami niepodległościowymi dodawała otuchy robotnikom strajkującym w Stoczni Gdańskiej im. Lenina.
– Do ukłonów część z nas, aktorów, wychodziło z wpiętymi znaczkami Solidarności – mówi Jerzy Kiszkis. – Niektórzy mieli obawy i lęki. Inni nie byli zadowoleni, uważając, że to jest łączenie w sposób jawny zdarzenia artystycznego z bieżącą polityką, a to nie wychodzi na zdrowie. Były też pesymistyczne głosy, że ta nasza rewolucja jest skazana na niepowodzenie. Obawy, zgorszenie mieszały się z poczuciem niezależności.
Na marginesie… Sama Przybyszewska pisała o „Sprawie Dantona” w jednym z listów do rodziny: „...Nie ma (w tej sztuce) najsłabszego tonu tendencji, traktuje politykę pozapolitycznie” – jak cytuje Elżbieta Żmudzka w „Zwierciadle” z 1967 roku, w nr. 20.
Nie tylko to poszło nie po myśli autorki. Gdański Robespierre – w tej roli Henryk Bista – był „chłodny, precyzyjny, wyniosły”, czytamy w recenzji Aleksandry Paprockiej. Danton – Stanisław Michalski – wbrew woli Przybyszewskiej wzbudzał sympatię.
 


Kto pożera własne dzieci?

Danton, mimo że był jednym z przywódców rewolucji francuskiej, to sprzeciwiał się jej okrutnemu terrorowi. Oskarżono go więc o spisek i ścięto na gilotynie. Chwilę po wielkich sierpniowych strajkach musiało to brzmieć jak złowróżbne ostrzeżenie: bywa, że spadają głowy bojowników o wolność. I rzeczywiście, Halina Kasjaniuk, wychodząc z Wielkiego Młyna, nie miała wątpliwości: rewolucja jest potworem, który pożera własne dzieci.
– Solidarność nie rymowała się z rewolucją francuską i wzajemnym zjadaniem własnych dzieci – mówi Jerzy Kiszkis. – Dziś wiemy, że jeżeli głowy nie poleciały w latach 80. w sposób dosłowny, to teraz próbuje się „gumkować” bohaterów. Chichot dziejów polega na tym, że to jest robione innymi rękoma.
Następnego dnia po premierze „Sprawy Dantona” w Wielkim Młynie – w sali rewolucyjnego trybunału – odbył się krajowy zjazd ludzi teatru, zrzeszonych w NSZZ „Solidarność”. W Gdańsku znajdowała się nieformalna centrala teatralnej samorządności, zawiadywana przez Halinę Winiarską-Kiszkis, aktorkę, żonę Jerzego Kiszkisa, która też w Sierpniu ’80 recytowała dla stoczniowców niepodległościową poezję.
„A za wychodzącymi z teatru, z dużego zdjęcia na wprost drzwi, spogląda zamyślony Lech Wałęsa” – metaforycznie kończy swój tekst Aleksandra Paprocka, przywołując kadr z wystawy fotografii.
Krytyka dobrze przyjęła gdańską inscenizację, stawiając szybką reakcję Teatru „Wybrzeże” na rozwój wypadków za wzór innym teatrom w Polsce – zauważał „Gdański Rocznik Kulturalny” z 1988 roku, w nr. 11, piórem Władysława Zawistowskiego.
 


Epilog

Stanisława Przybyszewska zmarła 15 sierpnia 1935 roku w Wolnym Mieście Gdańsku – schorowana, w nędzy, zapomnieniu, mając zaledwie 34 lata. Pochowana została na cmentarzu w dzielnicy Chełm. Jej grób nie zachował się do naszych czasów.
27 maja 1981 roku „Człowiek z żelaza” – film, który angażował uwagę Wajdy, gdy powstawała inscenizacja „Sprawy Dantona” – został uhonorowany Złotą Palmą na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, zdobywając najwyższe laury festiwalu jako pierwszy polski film.
W noc wprowadzenia stanu wojennego, 13 grudnia 1981 roku, gdy czterech drabów przyszło internować Halinę i Jerzego Kiszkisów, na stoliku w salonie leżała sterta wydrukowanych na powielaczu materiałów na podsumowanie zjazdu teatralnej Solidarności, który odbył się w scenografii „Sprawy Dantona” w Wielkim Młynie. Panowie byli bardzo zadowoleni z tej zdobyczy, poprosili nawet o torbę plastikową, żeby móc ją zapakować.
W Wielkim Młynie do 1992 roku działały Pewex i salon gier. W lutym 1994 roku – przejęty przez Zrzeszenie Prywatnego Handlu i Usług w Gdańsku – po wewnętrznej przebudowie mieścił trzypoziomowy dom handlowy. W początkach września 2016 roku kupcy zrezygnowali z dzierżawy. W tym samym roku klucze do Wielkiego Młyna otrzymało Muzeum Historyczne Miasta Gdańska (dziś: Muzeum Gdańska). W przyszłym roku swoją siedzibę przeniesie tam Muzeum Bursztynu.
Maciej Karpiński na fali samorządności teatralnej o mało nie został wybrany na dyrektora artystycznego Teatru „Wybrzeże”. Był założycielem i prezesem Zarządu Gildii Polskich Scenarzystów Filmowych. Przez wiele lat sprawował funkcję dyrektora Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
Gdańska inscenizacja „Sprawy Dantona” znalazła miejsce w sali C wystawy stałej Europejskiego Centrum Solidarności.
Po gdańskiej inscenizacji „Sprawę Dantona” wystawiono w Polsce jeszcze trzy razy – w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy (2008, reż. Paweł Łysak), w Teatrze Polskim we Wrocławiu (reż. Jan Klata, 2008 – w 2009 roku jako spektakl Teatru Telewizji) i w Teatrze Malabar Hotel w Białymstoku (2012, reż. Magdalena Miklasz).
Prawdziwie tekst Stanisławy Przybyszewskiej rozsławił Andrzej Wajda w 1982 roku, kiedy wyreżyserował na podstawie tego dramatu film „Danton”. Rolę tytułową zagrał Gérard Depardieu, a Robespierre’a – Wojciech Pszoniak.
Tymczasem tekst „Sprawy Dantona” wciąż nie traci na aktualności: „[…] trzeba iść dalej. Niech się stanie, co musi. Nawet wówczas warto zginąć dla tej wiary [wiary w wolność – przyp. red.], warto ściągnąć na siebie ostatnią klęskę... bo wyższej wartości – nie ma na ziemi”*.

Katarzyna Żelazek
Fotografie Leonarda Szmaglika pochodzą ze Zbiorów ECS

* S. Przybyszewska, Sprawa Dantona, Kraków 2003, s. 298.